Kilka słów o tym, jak wygląda praca marzeń

Jak wygląda praca marzeń? W większości przypadków kojarzymy ją z wolnością, czyli możliwością wyboru miejsca i czasu, w którym wykonujemy swoje służbowe obowiązki. Najchętniej widzielibyśmy się w jakimś egzotycznym zakątku świata, z laptopem na kolanach i wizją spędzenia weekendu na plaży. Brzmi utopijnie? Możliwe, ale są ludzie, którzy faktycznie pracują na podobnych zasadach. Ci ludzie to oczywiście programiści. Poznajcie historię Waldemara Kuczyńskiego – programisty Microsoft Dynamics AX, który udowadnia, że takie życie jak najbardziej jest możliwe.

Waldku, zacznijmy od standardowego pytania o to, jak zostałeś programistą. Skąd w ogóle pomysł, by zacząć programować?

Wybór mojego zawodu to trochę przypadku, a trochę chęci. Od dziecka bawiłem się komputerem, lubiłem gry, więc próbowałem samodzielnie zwiększać pamięć mojego komputera tak, by móc grać w te najnowsze. Sprawiało mi to frajdę i gdy przyszło do wyboru kierunku studiów, to naturalnie padło na informatykę. Jednak zaczynając tam naukę o programowaniu jako takim nie miałem zielonego pojęcia.

Gdy zaczęło się programowanie w języku C, szybko się w to wkręciłem i nie miałem z tym problemów. Podejrzewam, że to dzięki temu, że mam ścisły umysł i myślę logicznie. Te cechy odziedziczyłem po rodzinie mojej mamy, w której wszyscy to prawdziwe mózgi, jeśli chodzi o matematykę, fizykę czy chemię [śmiech].

Już wtedy postanowiłeś, że programowaniem zajmiesz się zawodowo?

Dosyć dobrze się w tym czułem i fajnie mi szło, więc gdy na III roku trzeba było zdecydować się na jakąś specjalizację – wybrałem inżynierię oprogramowania. Do wyboru były jeszcze sieci komputerowe, bazy danych czy grafika, ale to nie było dla mnie.

Nieco później, w ramach programu Erasmus, udało mi się wyjechać do Danii, gdzie przez pół roku byłem zwykłym studentem. Bardzo mi się tam podobało, dlatego zapytałem jednego z profesorów, czy mogę u niego napisać pracę inżynierską i tym sposobem zostałem na kolejne pół roku. Pracę obroniłem w Danii, ale ponieważ nie było pełnej uznawalności tego typu egzaminów, to w Polsce musiałem obronić ją jeszcze raz, z tym, że tu obyło się już bez promotora.

Rozumiem, że jak tylko skończyłeś studia, to zacząłeś szukać pracy w zawodzie?

Dokładnie tak, z tym, że szukając pracy jako programista równocześnie pracowałem w restauracji [śmiech]. Szukałem zarówno w Danii, jak i w Anglii, ponieważ w Polsce nie było jeszcze aż tak dużego zapotrzebowania na programistów, jak obecnie. Mimo wszystko tam też musiałem się trochę naszukać, ale w końcu udało mi się znaleźć pracę w Anglii. Był to krótki, bo zaledwie 3-miesięczny projekt, ale za to był on ściśle związany z tematyką mojej pracy inżynierskiej, czyli z kodekami video. Zrobiłem im wtedy niewielki program, który umożliwiał użytkownikowi samodzielny wybór wstępu, rozmieszczenia napisów, typu imię, nazwisko, nazwa firmy, czyli słowem – wygenerowania krótkiego filmiku ze wstępem, zakończeniem i różnymi napisami.

Po zakończeniu projektu znów zatrudniłem się w restauracji i szukałem kolejnej pracy, ale było dość trudno, więc w końcu wróciłem do Polski.

Tutaj znalazłem pracę w systemie, którym zajmuję się do dziś, czyli już – bagatela – 11 lat.

Mowa o Microsoft Dynamics AX służącym do zarządzania procesami biznesowymi, przeznaczonym dla dużych przedsiębiorstw.

Co dokładnie oferuje taki system?

Jest to system klasy ERP (Enterprise Resource Planning). Obejmuje wszelkie aspekty związane z zarządzaniem przedsiębiorstwem, takie jak planowaniem zasobów, logistyka, zarządzanie rozsianymi po całym świecie magazynami, produkcją, sprzedażą, finansami i marketingiem, wymiana danych z potencjalnymi dostawcami, fakturowanie, a nawet monitorowanie i premiowanie najlepszych handlowców. Opcji jest mnóstwo, a system posiada w zasadzie wszystkie kompletne informacje na temat firmy.

Jaki język programowania wykorzystuje?

W tym systemie wykorzystuje się obiektowy język programowania X++, który jest podobny do C++.

Od razu zostałeś programistą?

Tak, zacząłem pracę jako programista, którym byłem jakieś 2 lata. Bardzo mi się to podobało, ale ponieważ lubiłem kontakt z ludźmi i interesowały mnie aspekty funkcjonalne systemu, po rozmowie z kierownictwem zmieniłem rolę z programisty na konsultanta systemu. Tam potrzebna jest ogromna wiedza funkcjonalna, więc dużo czasu zajęło, zanim poznałem ten system. W zasadzie do dziś nie znam go w 100%. Konsultant jest pośrednikiem między klientem a programistą. Rozmawia z klientami, dopytuje o ich problemy czy potrzeby, a następnie omawia to z pozostałymi konsultantami, odpowiedzialnymi za inne obszary. Wspólnie ustalają i proponują konkretne zamiany i dopiero na końcu tego procesu zaczynają działać programiści.

Przez chwilę nawet rozważałem, czy nie zostać na stanowisku konsultanta, jednak połowa jego pracy to tworzenie dokumentacji, a ja jednak dużo bardziej wolę pisać kod.

Obecnie programuję, ale biorąc pod uwagę fakt, że znam ten system także od strony funkcjonalnej, to często ludzie przychodzą z problemem już bezpośrednio do mnie, razem ustalamy, co należy zmienić, wyceniam projekt i potem programuję. Na pewnym etapie zaawansowania jesteś już połączeniem konsultanta i programisty – i tacy specjaliści są najbardziej pożądani na rynku.

Ile czasu potrzeba, by osiągnąć Twój poziom biegłości w tym języku?

Aby dojść do etapu, na którym jestem obecnie, trzeba poświęcić wiele lat. Sama składnia jest prosta, ale pozostałe kwestie techniczne, jak liczba klas i możliwości jest tak ogromna, że potrzeba sporo czasu na to, by wszystko dobrze poznać i uważać się za doświadczonego programistę X++. Ogromną rolę gra znajomość systemu od strony funkcjonalnej, która jest niesamowicie istotna w kontaktach z użytkownikami systemu i potrzebna w zrozumieniu ich potrzeb. Zaryzykuję stwierdzenie, że poznanie systemu od strony funkcjonalnej jest równie ważne, jak poznanie go od strony technicznej.

A ile czasu potrzebuje ktoś, kto dopiero zaczyna programować, by w ogóle szukać pracy?

Ja zaczynałem, będąc po studiach informatycznych, więc byłem obeznany z zagadnieniami baz danych i programowania. Sądzę, że jeśli ktoś ma predyspozycje, zmysł i bardzo chce, to w ciągu 3-6 miesięcy ciężkiej pracy może spokojnie zacząć się ubiegać o pierwszą pracę. Właściwie, biorąc pod uwagę fakt, że programistów tego systemu jest bardzo mało, to znalezienie pracy powinno być naprawdę łatwe.

Kiedy zaczyna się tak zwana wolność? Chodzi mi oczywiście o freelancing, pracę na kontraktach, możliwości wyboru najlepszego pracodawcy …

Trudno powiedzieć. W pewnym momencie stałem się specjalistą i faktycznie przestałem mieć jakiekolwiek problemy ze znalezieniem pracy. Do tego stopnia, że gdy w pewnym momencie zamarzyłem sobie wyjazd do Australii, to jakiś czas później swój zamiar zrealizowałem.

No właśnie, Australia. Jak do tego doszło?

Myślę, że było to zwieńczenie pewnego procesu. Pracowałem wtedy dla firmy headhunterskiej Kelly Services, która miała pomysł na wdrożenie pewnego systemu dla wielu krajów europejskich. Założenie było takie, że kraje te zrzucają się na projekt, jednak w pewnym momencie jeden po drugim zaczęły się wycofywać. Słowem, projekt trzeba było zamknąć, a programiści znaleźli się na bruku. Jednak wtedy miałem już sporo doświadczenia, a także silną motywację. Nie zraziłem się, tylko zacząłem szukać kontraktów, bo nie miałem ochoty na etat. Szukałem w różnych krajach, ale miałem w głowie tę moją wymarzoną Australię i traf chciał, że znalazłem ogłoszenie idealne. Odpowiedziałem, skontaktował się ze mną ich headhunter, skierował na rozmowę z działem technicznym i po zdalnej weryfikacji, po zaledwie dwóch tygodniach miałem już bilety i leciałem do Sydney. Z założenia na trzy miesiące, ale w końcu zostałem prawie pół roku. Chociaż był moment, gdy obawiałem się, że nie polecę tam wcale.

Co się stało?

Lot miałem zaplanowany na 16 listopada. Dzień wcześniej byłem już spakowany i spokojnie położyłem się spać. Obudził mnie ogromny ból brzucha i już nie dał zasnąć. Rano wylądowałem w szpitalu z – jak się okazało – wirusem Rota. Na szczęście lekarze w 1,5 godziny na tyle postawili mnie na nogi, że mogłem lecieć, mimo że dalej czułem się tragicznie. Na lotnisku powitała mnie straszna mgła i ogromne opóźnienia. Gdy doleciałem do Anglii, gdzie miałem przesiadkę, okazało się, że mój samolot do Singapuru już odleciał. Czekała mnie więc noc na lotnisku, ponieważ praktycznie wszystkie hotele były już zajęte. Około 3 nad ranem dowiedziałem się jednak, że jest kilka wolnych pokoi, w cenie 2500 zł za dobę. Jakiś Amerykanin zaproponował mi, żebyśmy wzięli pokój na spółkę, ale wtedy okazało się, że są to pokoje z jednym łóżkiem [śmiech]. Jednak mnie było już wtedy wszystko jedno, mogłem spać nawet na podłodze, więc zdecydowaliśmy się wziąć ten pokój. Do hotelu dotarliśmy około 4 rano i na szczęście dali nam jednak pokój z dwoma łóżkami [śmiech]. O 7 rano, po jakichś 2 godzinach snu dostałem telefon, że udało się przebukować mój bilet i mam lot dokładnie za niecałe dwie godziny, więc w trybie przyspieszonym wróciłem na Heatrow. Na szczęście od tego momentu wszystko poszło gładko. Niemniej przyleciałem wykończony [śmiech].

Jak wyglądała praca w Sydney?

To był kontrakt, z niezłym wynagrodzeniem, rzędu ok 20 000 zł miesięcznie. Dołączyłem do zespołu jako specjalista, zatem momentalnie musiałem się wdrożyć, jednak dzięki wcześniejszej pracy konsultanta zrobiłem to szybko i sprawnie. Co więcej, potrafiłem się porozumieć niemal z każdym: czy to z programistą czy z klientem. Dzięki temu w pewnych obszarach przejąłem rolę prowadzącego.

Sama firma nie była może najlepiej zorganizowana, ale mnie się podobało, a już z punktu widzenia samej Australii – było naprawdę fantastycznie.

No właśnie, opowiedz coś o samej Australii.

Urzekło mnie to, że wszystko było kompletnie inne. Pomijam fantastyczną pogodę [śmiech], ale nawet drzewa wyglądały tam inaczej. Poza tym wszystko jakby większe: ogromne nietoperze, karaluchy, rośliny. Na szczęście nie spotkałem dużych pająków, ale podobno też są.

Co robiłeś poza pracą?

Wszystko [śmiech]! Próbowałem surfingu, nawet wybrałem się na dwudniowy Surf Camp. Fantastyczna sprawa, jeśli ktoś lubi sporty wodne! Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, że fale mają tak gigantyczną siłę. Super przeżycie!

Poza surfingiem sporo podróżowałem. Boże Narodzenie spędziłem w górach Blue Mountains. Zaplanowałem dość długi szlak, ale niestety całą noc i poranek padało. Około 9:00 przestało i zdecydowałem się iść. Ktoś mi poradził, aby najpierw udać się na policję i pobrać specjalny beacon GPS, który w przypadku problemów pozwalał wezwać pomoc. Tak zrobiłem i poszedłem w te góry. Z uwagi na fakt, że było już późno, to w zasadzie przez całą drogę nie spotkałem żywego ducha. W pewnym momencie postanowiłem odpocząć. Usiadłem na skałach, podziwiałem krajobraz. Nagle coś mnie zaswędziało. Podniosłem nogawkę spodni, patrzę, a tam wielki robal. W bucie – około 10 kolejnych. W drugim to samo. W sekundę rozebrałem się niemal do naga sprawdzając, czy gdzieś jeszcze nie znajdę tych nieproszonych lokatorów. Na szczęście były tylko na nogach. Nic mi złego nie zrobiły, więc poszedłem dalej. Dopiero później spotkałem parę, która mi powiedziała, że to zwykłe pijawki.

Poza tym odbyłem całe mnóstwo spacerów wybrzeżami, gdzie na swojej drodze spotykałem między innymi kangury. Na około miesiąc przyleciała do mnie moja dziewczyna, teraz już żona. Któregoś dnia wybraliśmy się na wycieczkę piękną trasą Great Ocean Road. W pewnym momencie wyjechaliśmy zza zakrętu, a tam, dosłownie 300 metrów przed nami, szedł sobie, podpierając się ogonem, ogromny kangur. Wcześniej widziałem te zwierzęta w rezerwacie, ale taki okaz w swoim naturalnym środowisku zrobił na mnie potężne wrażenie. Innym razem spotkaliśmy koalę. Świat w Australii naprawdę jest inny, przez co niezmiernie ciekawy.

Całe pół roku spędziłeś w Australii czy może skorzystałeś z okazji i skoczyłeś na przykład do Nowej Zelandii?

Właśnie miałem o tym wspomnieć [śmiech]. Moja roczna wiza pozwalała na jednokrotny pobyt maksymalnie do 3 miesięcy, musiałem więc wyjechać na kilka dni i padło właśnie na Nową Zelandię. Tam pierwszy raz pływałem z delfinami – niesamowite przeżycie.

Z kolei po zakończeniu kontraktu w drodze powrotnej zahaczyłem o Tajlandię. To dobry pomysł, by tak długą podróż rozbić na nieco mniejsze etapy.

Zastanawiałeś się może, czy nie zostać w Australii na stałe?

Nie pamiętam dokładnie, ale raczej nie rozważałem takiej opcji. Bezpośrednio po studiach w Danii przeniosłem się do Anglii, w sumie trwało to około 2 lat i pamiętam, że wtedy bardzo tęskniłem za Polską. Dlatego nie próbowałem nawet przedłużać wizy czy szukać kolejnego projektu.

A co było po powrocie?

Niesamowity jetlag [śmiech]! A tak poważnie, wracając miałem już umówioną rozmowę kwalifikacyjną w Holandii, więc półtora tygodnia później poleciałem i o mało nie zostałem. O mało, ponieważ nie do końca dogadaliśmy się w kwestii finansów, w zasadzie to po prostu czułem, że się nie dogadamy i szukając dalej natrafiłem na projekt na północy Anglii, w Preston. Dołączyłem do zespołu na około 4 miesiące, po czym projekt się skończył, a ja, po kolejnym tygodniu, miałem już nową pracę. To była właśnie firma, w której pracuję do dziś.

Ale dziś pracujesz w Polsce?

To prawda. Najpierw dostałem kontrakt na dwa miesiące, które przedłużyły się do około pół roku. Po tym czasie musiałem wrócić do Polski, ponieważ brałem ślub, a firma zdecydowała, że woli zatrudnić kogoś na miejscu, niż pozwolić mi na pracę zdalną. Po ślubie pojechałem na miesiąc do Meksyku, a gdy wróciłem, okazało się, że nowy pracownik się nie sprawdził, a firma zgodziła się na moją pracę z Polski. Trwa to już 5 lat i właśnie przedłużyłem kontrakt o kolejne 2 lata.

Jak teraz wygląda Twoja praca?

Najczęściej pracuję w biurze co-workingowym w centrum Warszawy. Sam decyduję o tym, czy danego dnia pracuję w domu czy w biurze, a w sezonie wiosenno-letnim około dwa miesiące spędzam poza Warszawą (nad morzem, na mazurach i u rodziców).

Gdy mieliśmy tylko jedno dziecko, to bardzo dużo podróżowaliśmy. Teraz mamy dwoje dzieci, jeździmy nieco mniej, ale nadal swoboda jest niesamowita. To jest właśnie fantastyczne w tej pracy – możesz ją robić wszędzie, pod warunkiem, że masz w sobie na tyle samodyscypliny, by nie zawalać terminów. Właśnie dlatego, zainspirowany moim kolegą – również programistą – który wyjechał na Maltę, także rozważam wyjazd i spędzenie tam kilku zimowych miesięcy.

Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów i kolejnych niesamowitych podróży.

Waldemar Kuczyński – ‚Programista Dynamics AX’, ojciec dwóch pociech, lubi podróże, ale nie nazywa się (jeszcze) podróżnikiem 😉